Ślub … jak to było u mnie? cz. 1 – przygotowania

Ślub to niezwykłe przeżycie. Wiąże się nie tylko z samym faktem zawarcia związku małżeńskiego z osobą, którą się kocha, ale także z szeregiem obowiązków i przygotowań. Ponieważ łatwiej przedstawić całe to „przedsięwzięcie” na przykładzie, postanowiłem opisać swoje osobiste przygotowania do ślubu.

Po 2 latach udanego związku z Kornelią, postanowiłem się zaręczyć. Ponieważ jest ona kobietą mojego życia, chciałem, aby ten dzień był wyjątkowo romantyczny – wybrałem więc datę 14.02.2015 r. czyli Walentynki. Od tego dnia „machina” przygotowań ruszyła … naszym pierwszym symbolicznym zakupem była skarbonka, do której odkładaliśmy pieniądze na nasz ślub i wesele.

grudzień 2015 r.

W pierwszej kolejności, podjęliśmy decyzję w sprawie wyboru kościoła – oboje bowiem chcieliśmy wziąć ślub poza swoimi parafiami. Ponieważ marzeniem Korneli był ślub w Sanktuarium Maryjnym, decyzja była prosta, a wybór padł na Bazylikę Kalwarii Bydgoskiej.

Swoje następne kroki, skierowaliśmy do wybranych sal weselnych. Długo nie szukaliśmy odpowiedniej, gdyż znałem już kilka sprawdzonych miejsc w których wykonywałem wcześniej reportaże. Zdecydowaliśmy się na Restaurację Uniwersytecką  (w której dodatkowo brat Korneli miał swoje wesele i był bardzo zadowolony). Już podczas pierwszego spotkania udało nam się ustalić dogodne warunki współpracy i podpisaliśmy wstępną umowę.

Salę weselną dobrze jest zarezerwować jak najwcześniej. Nawet 2 lata przed planowanym ślubem. Obecnie, obłożenie takich punktów gastronomicznych jest na tyle duże, iż może się okazać, że wymarzona sala, akurat tego dnia jest zajęta i trzeba szukać innej.

Kiedy mieliśmy już wszystkie podstawowe formalności za sobą, zaczęliśmy poszukiwać fotografa i kamerzysty.  Praca w branży, znacznie ułatwiła nam to zadanie, gdyż wiedzieliśmy, czego chcemy i oczekujemy od reportażu. Zależało nam na wyjazdowej sesji plenerowej, a ponieważ kochamy morze, miał być to Park Oliwski w Gdańsku oraz Klif w Gdyni Orłowo. Umowę podpisaliśmy więc z przemiłą Emilią Góralską z Gdańska, która bez problemu przyjechała do Bydgoszczy, by zarejestrować nasze wesele.  Na tym polu nie chcieliśmy oszczędzać, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że to właśnie fotografie zostają na całe życie, jako namacalna pamiątka minionych wydarzeń. Nasz założony budżet kształtował się na poziomie 2000-3000 zł.

styczeń 2016 r.

Z początkiem nowego roku, podpisaliśmy umowę z dj-em. Wszystko tutaj poszło niezwykle sprawnie i szybko, ale tylko dlatego, że od dawna wiedzieliśmy, kto zadba o oprawę muzyczną wesela. Wybór padł na Wojtka, który nie tylko był sąsiadem Kornelii ale i genialnym didżejem. Budżet przeznaczony na dj-a wynosił 2500 zł.

Z kamerzystą nie było już tak „prosto”. Nie mieliśmy, ani obeznania w tematyce klipów weselnych, ani większego pomysłu na tę materię, ani też osób sprawdzonych, polecanych przez innych bardziej doświadczonych w tej sferze. Po długim czasie poszukiwań i rozmyślań, zdaliśmy sobie sprawę, że kiedyś widzieliśmy bardzo fajnie zmontowany film weselny u znajomego. Kiedy dotarło do nas, że był to film z wesela naszego dj-a, sprawy nabrały rozpędu. Zapoznaliśmy się z portfolio wykonawcy, omówiliśmy szczegóły współpracy i szczęśliwie podpisaliśmy umowę. Nasz kamerzysta doradził nam, aby film zmontować w nowoczesnym stylu, a mszę św. nagrać w reportażowym skrócie tj. ok. 15 min, gdyż i tak większość osób ten fragment uroczystości przewija. Nasz film w sumie trwa 2 godziny. Z perspektywy czasu, doradzałbym jednak filmy krótsze, takie do 60 minut. Oprócz standardowego nagrania w dniu ślubu, zamówiliśmy sobie również tzw. wideo-plener. Coś nowego, coś niestandardowego – polecam. Budżet przeznaczony na kamerzystę kształtował się na poziomie 3000-4500 zł.

luty-maj 2016 r.

W okresie tym zajęliśmy się organizowaniem transportu do ślubu, oprawą muzyczną w kościele oraz naukami przedmałżeńskimi. Tak naukami – rok przed ślubem. Uznaliśmy wspólnie z Narzeczoną, że odbędziemy je bez zbędnego pospiechu i w należytym skupieniu.  Oczywiste jest bowiem, że im bliżej wesela, tym Pary Młode mają nie tylko więcej na głowie ale i dysponują coraz mniejszą ilością czasu. Nauki przedmałżeńskie trwały od lutego do kwietnia.

Nad transportem do ślubu pewien czas rozmyślaliśmy. Do wyboru mieliśmy dwie swoje propozycje – zabytkowe auto lub bryczka z końmi. Sporo czasu zajęła nam obserwacja rynku i poszukiwanie zadowalającej nas oferty. W końcu trafiliśmy na stronę p. Krzysztofa, który miał takie bryczki, jakich nie miała konkurencja – powozy „wyjęte” prosto z bajki. Budżet na pojazd ślubny 2000 zł (wrażenia – bezcenne).

Jeżeli chodzi o oprawę muzyczną to początkowo myśleliśmy, aby był to trębacz, nie mniej jednak, często bywaliśmy na ślubach, na których to właśnie trąbka uświetniała mszę. W końcu zdecydowaliśmy się więc na skrzypce. Znaleźliśmy świetnego skrzypka – p. Krzysztofa, który na co dzień pracuje w Filharmonii w Bydgoszczy i umówiliśmy się, by dla nas zagrał. Ponieważ od dzieciństwa znam organistę p. Marka, który pięknie gra i śpiewa, jego również poprosiliśmy, aby zajął się oprawą muzyczną. Budżet przeznaczony na organistę i skrzypka wynosił 500 zł.

Nie ukrywam, iż to, że jestem fotografem weselnym w znacznym stopniu ułatwiło mi pewne kwestie przygotowań. Będąc na rozmaitych weselach, widziałem wiele ciekawych pomysłów, rozwiązań itp. Wiedziałem już na co należy zwracać uwagę, co można pominąć. Gdzie można zaoszczędzić, a gdzie absolutnie tego nie robić.

czerwiec-sierpień 2016 r.

Choć do ślubu pozostał jeszcze rok, zaczęliśmy pomału tworzyć listę gości, ustalać świadków itp. Coraz częściej przez głowę przebiegały nam także myśli, dotyczące przebiegu ślubu, tego co jeszcze należy zrobić oraz naszego odświętnego odziania. Zaczęliśmy nieśpiesznie przeglądać prospekty, strony z sukniami, garniturami. Podstawą jest bowiem to, aby tego dnia założyć strój w którym czujemy się wyjątkowo, pięknie i komfortowo. Czasem trzeba więc przymierzyć wiele różnych modeli marynarek, sukni i dodatków. Warto robić to zatem na spokojnie, by mieć czas na ewentualne poprawki, czy zmiany.

wrzesień-listopad 2016 r.

W ciągu kolejnych trzech miesięcy również nie było czasu na nudę …
Odwiedziliśmy Targi Ślubne, na których udało nam się nawiązać kilka niezbędnych kontaktów. Narzeczona wybrała makijażystkę, dostaliśmy wiele ulotek i bonów rabatowy. Rozmawialiśmy z doświadczonymi osobami z branży, podpatrzeliśmy kilka ciekawych pomysłów. Warto jest zarezerwować sobie chociaż jeden dzień i udać się na tego typu imprezy. Na pewno można się z nich dużo dowiedzieć, zaczerpnąć pewnych inspiracji, a nawet uspokoić, że jest ktoś kto pomoże nam w dalszej organizacji.

W październiku Narzeczona zakupiła suknię ślubną. Zrobiła to w absolutnej tajemnicy przede mną. Oczywiście jej kształt, fason i styl pozostał dla mnie niespodzianką, aż do ślubu. Do tej pory pamiętam tę „burzę mózgów” i ekscytację jak będzie w niej wyglądać. Koszt sukni ślubnej i dodatków to 2000-3000 zł.

W listopadzie zamówiliśmy obrączki. Mimo, iż wcześniej odwiedzaliśmy wiele znanych, markowych salonów (których obsługa wielokrotnie odbiegała od przyjętych standardów i bardziej od jakości liczyła się ilość sprzedanych towarów) zdecydowaliśmy się na zakup obrączek od jednego z jubilerów, który wystawiał swoje produkty na Targach Ślubnych. Złoto jest złotem, nie trzeba płacić za markę, której nie widać i która nie przekłada się na jakość jej użytkowania. Wybraliśmy obrączki płaskie z wygrawerowanym wzorem z żółtego złota (próba 585). Na wewnętrznej stronie obrączek umieściliśmy datę naszego ślubu oraz nasze imiona (na mojej obrączce widnieje imię Kornelia, na obrączce żony imię Krzysztof). Obrączki zamówiliśmy dość wcześniej. Chcieliśmy je odebrać w okresie przedświątecznym, aby w święta pokazać je swoim rodzicom. Budżet przeznaczony na obrączki wynosił 2500 zł.

grudzień 2016 r.

W ostatnim miesiącu starego roku dopełniliśmy wszelkich formalności w kościele i ostatecznie „zaklepaliśmy” termin ślubu – ten wymarzony – bo czerwcowy. Postanowiliśmy się również udać na Pasterkę do „naszego” Sanktuarium. Ku naszemu zdziwieniu mszę odprawiał znajomy ksiądz. Ten sam, który przygotowywał Kornelię do bierzmowania i był przez nią niezwykle lubiany. Narzeczona wspominała nawet kiedyś, że gdyby tylko wiedziała, gdzie obecnie służy, poprosiłaby go o udzielenie sakramentu. Akurat tak się złożyło, że nasze drogi połączyły się same … Poprosiliśmy więc księdza Krzysztofa o udzielenie nam ślubu, co spotkało się z jego wielkim zadowoleniem.

styczeń 2017 r.

Styczeń był „moim” miesiącem. Niby, przypadkiem wstąpiliśmy do galerii – do salonu mody męskiej. Zacząłem rozglądać się za garniturem. Mierzyć i dobierać fason, kolor i dodatki. Choć w głowie miałem wizję czarnego, klasycznego garnituru – za namową stylistki, przymierzyłem również ciemno granatowy garnitur smokingowy z czarnymi patkami. To było to! Bez zbędnego zastanawiania się – kupiłem go. Dobrałem od razu również koszulę, spinki, buty klasyczne, butonierkę i krawat (prośba żony). Budżet „mody męskiej” wynosił 1000-2000 zł.
A tak swoją drogą, czy ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczego narzeczona wybiera garnitur razem z narzeczonym? A narzeczony nie może ujrzeć choć skrawka sukni młodej?

Początek roku, okazał się także dobrym momentem do tego, aby zająć się zaproszeniami. Dokładnie zdjęciami, które chcieliśmy umieścić na zaproszeniach. Udaliśmy się więc do zaprzyjaźnionego fotografa i wykonaliśmy elegancką sesję studyjną (do tej pory pamiętam jak długo trwały poszukiwania odpowiedniej kreacji dla Narzeczonej :). Wykonane zdjęcia miały nam również posłużyć przy podziękowaniach dla rodziców – wybraliśmy kryształy z naszym zdjęciem i słowem wyrażającym całokształt naszej wdzięczności – „dziękujemy”.

Gdy tylko odebraliśmy gotowe fotografie, każdego dziesiątego dnia kolejnego miesiąca, wystawialiśmy na Facebooka jedno zdjęcie sesyjne, z dopiskiem ile dni pozostało jeszcze do ślubu.

luty 2017 r.

Od lutego rozpoczął się okres naprawdę intensywnych przygotowań. Ponieważ oboje nie potrafimy tańczyć, zapisaliśmy się na profesjonalny kurs tańca. Były to lekcje grupowe, które wywołały w mojej głowie jeszcze większy chaos, niż miał on miejsc dotychczas. Szczerze? Jeśli ktoś nie „czuje” tańca, stratą czasu i pieniędzy jest szlifowanie tych umiejętności na siłę. I tak z tego nic nie wyjdzie. Lepiej postawić na naturalność, niż zaprezentować sztucznie wyuczone kroki.

Wybierając piosenkę do pierwszego tańca, kierowaliśmy się nie tylko własnym gustem ale i rytmem, ułatwiającym poruszanie się. Postawiliśmy na „Jedną z gwiazd” Mariusza Kalagi – i z wielką ulgą w sercu, odpuściliśmy ustalanie choreografii (przecież jakoś zatańczymy).

marzec 2017 r.

W marcu ponownie udaliśmy się do proboszcza Sanktuarium, aby potwierdzić termin ślubu i zacząć gromadzić wszystkie potrzebne dokumenty. W obu naszych parafiach, daliśmy również na tzw. zapowiedzi oraz uzyskaliśmy zgodę na ślub, poza własną parafią. W tym miejscu, chciałbym poinformować (o czym nie informują wszyscy księża), że aby ślubować poza własną parafią, potrzebna jest tylko jedna zgoda, udzielona przez proboszcza narzeczonej lub narzeczonego –  nie trzeba jej „załatwiać” w 2 parafiach. Z parafii „rodzimych” potrzebujemy natomiast takich dokumentów jak np. akty chrztu, czy bierzmowania.

Trzy miesiące przed ślubem, zaczęliśmy również lepić etykietki na wódkę z naszymi imionami, wierszykami i podziękowaniami za przybycie. Zamknęliśmy także ostatecznie listę gości i rozpoczęliśmy proces ich zapraszania. Ponieważ zależało nam, aby były to osobiste spotkania, poświeciliśmy na nie naprawdę dużo czasu. Wizyty te były bardzo miłe. Gościom spodobały się spersonalizowane zaproszenia oraz pomysł, by zamiast kwiatów, chętni, zakupili nam zdrapki i kupony totolotka. Ponieważ nie zostaliśmy milionerami, ani  nie wygraliśmy żadnej większej sumy, możemy śmiało odradzić tego typu pomysł.  Z perspektywy czasu wybralibyśmy, zupełnie inną opcję. Byłby nią jakiś szczytny cel np. karmy, akcesoria dla potrzebujących zwierzaków ze schroniska.

W tak zwanym międzyczasie uczęszczaliśmy (między kolejnymi spotkaniami, wyjściami i wizytami) także do poradni rodzinnej, działającej przy parafii, w celu odbycia kursu dla narzeczonych. I tutaj też prywatna uwaga … nie warto. Śmiało możemy potwierdzić, że kurs mówi jedno, a życie i praktyka zupełnie co innego.

kwiecień 2017 r.

Na 2 m-ce przed ślubem nadszedł czas na drobne poprawki naszych elementarnych strojów. Skrócenie nogawek, poprawienie mankietów, itp. pozostawiliśmy fachowcom. W tym czasie Narzeczona dokupiła brakujące dodatki, czyli biżuterię, welon oraz buty. Ponieważ chcieliśmy, aby obrączki do ołtarza niósł Kornelii bratanek, kupiliśmy również stosowną podusię, a także resztę niezbędnych przedmiotów tj. podziękowania dla rodziców, ozdobne pudełko na koperty, konfetti itp. W ferworze „walki” wpadliśmy także na kolejny pomysł – mianowicie – zarezerwowaliśmy firmę zajmującą się wypuszczaniem białych gołębi.

maj 2017 r.

Kiedy nastał już maj, staraliśmy się powoli dopinać wszystko na „ostatni guzik”. Oddaliśmy obrączkę Narzeczonej do jubilera w celu jej zmniejszenia (tutaj kolejna przestroga, wszystkie pobrane wymiary należy potwierdzać, aby potem zaoszczędzić sobie niepotrzebnych nerwów. My ich mieliśmy sporo, gdyż na obrączkę czekaliśmy, aż miesiąc, czyli była gotowa na kilka dni przed ślubem).

Udaliśmy się również do restauracji, by ustalić menu i potwierdzić liczbę gości oraz omówić wszystkie szczegóły związane z weselem.

Spotkaliśmy się także z księdzem Krzysztofem, który miał nam udzielić sakramentu. Od zawsze chciałem odczytać słowo Boże na swoim ślubie, w związku z tym, szczegółowo ustaliliśmy przebieg liturgii. Warto podczas takiego spotkania, podpytać także organistę o listę utworów oraz styl oprawy muzycznej. W razie potrzeby jest bowiem czas, aby zaproponować jakieś swoje ulubione utwory.

Oprócz tego załatwiliśmy całą pozostałą biurokrację urzędową, zamówiliśmy ciasta domowej roboty na ślub i polter (ach jak sobie przypomnę, te cista „jeże”… ślinka sama cieknie), Kornelia miała wykonany próbny makijaż ślubny. Zamówiliśmy także tort (w stylu angielskim, w czterech smakach: kawa, toffi, malina i czekolada), którego koszt wynosił 1000 zł oraz wiązankę ślubną, butonierki, ozdoby na  auta rodziców, prezenty dla nich i  dekorację na alkohol. Bukiet Korneli był nieduży, miał 21 pączków (symbolicznie) i składał się z kanta deski oraz eustomy. Jego symbolika wynikała z tego, że Kornelia ślubując miała 21 lat, a także z tego, że  jej mama w swoim bukiecie ślubnym także miała 21 kwiatków.

czerwiec 2017 r. – wielkie odliczanie

Pozostało dziesięć dni do ślubu – zaczęło się wielkie odliczanie. Choć wydaje się to wręcz niemożliwe, ostatni rok minął tak szybko jakby ktoś wrzucił wyższy bieg. To ostatnia prosta i jeszcze kilkanaście rzeczy do zrobienia. I tak …

1 czerwca wreszcie udało nam się odebrać zmniejszoną obrączkę Kornelii. Cały 2-gi dzień czerwca spędziliśmy na przygotowaniach do wieczoru panieńsko-kawalerskiego. Mimo, iż zaproszonych gości było ok. 15 osób – pracy nazbierało się co niemiara. Na tydzień przed weselem tj. 3-go czerwca zorganizowaliśmy nasz wieczór panieńsko-kawalerski, który spędziliśmy z najbliższymi. Oprócz wspaniałej atmosfery, było równie dobre jedzenie, zamówione z zaprzyjaźnionej restauracji.

W kolejnych dniach skrupulatnie i cierpliwie kontaktowałem się, z każdą współpracującą z nami firmą, by wszystko raz jeszcze potwierdzić, omówić i uzgodnić. Polecam to każdemu, kto chce spokojnie przespać te ostatnie dość stresujące noce.

Odebraliśmy również 10 blach swojskiego ciasta, zawieźliśmy cały alkohol i potrzebne rzeczy na salę weselną. Byliśmy w kościele donieść ostatnie papiery i złożyć wymagane podpisy, przygotowaliśmy swoje ubrania, dodatki i wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy.

Dzień przed weselem udaliśmy się na spowiedź, porządnie umyliśmy i wywoskowaliśmy samochody rodziców, upakowaliśmy do nich wszystkie niezbędniki, by później, w godzinach wieczornych, jak przystało w wigilię ślubu, rozpocząć polter. Polter to nasz lokalny zwyczaj, polegający na tłuczeniu butelek, słoików przed domem przyszłej Pani Młodej, oczywiście na szczęście Nowożeńców. Po czterogodzinnej świetnej zabawie, wzbogaconej o tańce i intensywne rozmowy, każde z nas udało się do swojego rodzinnego domu, by tą ostatnią „kawalerską” noc spędzić we własnym łóżku …

Choć polecam, tego dnia, położyć się możliwie „wcześniej”, zdaje sobie sprawę, że emocje mogą nieco utrudnić proces zasypiania. No cóż … nie ma się co dziwić, kolejny dzień, będzie przecież pierwszym dniem nowego życia.

Ale nie ma się co martwić, przeżyłem ja, dacie radę i Wy!

Wszystkim zainteresowanym, zdradzę tajemnicę, to nie koniec opowieści ślubno – weselnych, w kolejnych artykule, opiszemy dzień ślubu.

Ściskamy! 

Kornelia i Krzysiek






error: Content is protected !!